Jak mieszkało mi się w lesie, czyli wyprawa do Estonii

Malutki, nadbałtycki kraj, którego liczba mieszkańców nie przekracza 1,5 miliona. Przepiękny, XVIII wieczny pałac w Palmse, otoczony średniowiecznym lasem i malowniczym jeziorem. W pobliżu nic, oprócz pustkowia i mnóstwa śniegu…

 

„Za górami, za lasami, w przepięknej krainie zwanej Austanią panował król, a pomagał mu w tym czarodziej. Zapewniał on mieszkańcom pożywienie i ochronę. Wszyscy wiedli szczęśliwy żywot w tym cudownym miejscu do chwili, w której mag zapragnął przejęcia władzy. Zarzucił władcy, że ten nie docenia jego wieloletnich starań i oczekuje przekazania mu korony. Monarcha, jako człowiek stanowczy i uparty, nie zgodził się na taki układ. W rezultacie, zagrożono mu uprowadzeniem jedynej córki imieniem Palmsia i rzuceniem na nią czaru, po którym będzie pojawiała się pod postacią różnych zwierząt. Czarodziej jak zapowiedział, tak zrobił. Król długo szukał swojego dziecka, niestety bezskutecznie. Po 20 latach, gdy stracił już nadzieję i bliski był postradania zmysłów, a Austania zamieniła się w przerażającą dolinę śmierci, na horyzoncie pojawili się trzej bracia. Każdy z nich był zupełnie inny, lecz gdy usłyszeli historię Palmsii, natychmiast zdecydowali się jej pomóc. Książęta robili co w ich mocy i tak, po wielu trudach, odnaleźli las, w którym czarodziej ukrył księżniczkę. Jednemu z nich zaś udało się z nią porozmawiać. Niestety, czar dalej działał i królewna była niczym duch. Poleciła wybawcy, by zaprosił maga na ucztę i podał mu na niej zaklętą wodę z rzeki, która go zabije.

Bracia pospieszyli przekazać nowiny królowi. Ten nie wahał się ani chwili i zwabił wroga do zamku. Obiecał mu objęcie władzy, jeśli tylko zje wszystko co znajduje się na stole. Czarodziej łapczywie pochłonął wszystkie potrawy, a na końcu napił się zaczarowanej wody. Po jego śmierci do królestwa znów powróciło szczęście, a król pozwolił na ślub Palmsii i najstarszego księcia. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie….

 

- STOP, CIĘCIE! Kręcimy to ujęcie jeszcze raz! Sekcjo kostiumów, poprawcie koronę króla. Kamera teraz kręci w innym miejscu. Sekcja techniczna niech zadba o lepsze oświetlenie.

Brzmi jak rozmowa na profesjonalnym planie filmowym? Nic bardziej mylnego. Projekt Erasmus+ Secret Library dał jego uczestnikom możliwość sprawdzenia się w roli niemal zawodowych filmowców. Ale wszystko po kolei…

Gdzie szukać?

Możliwość wyjazdu w ramach takiego  projektu obecnie staje się coraz łatwiejsza. Obejmuje ona nie tylko wymiany międzynarodowe, trwające do 10 dni, ale również wolontariat europejski, który zakłada wyjazd do innego kraju na 6 miesięcy. Wszystkie niezbędne informacje, takie jak wymagania, kalendarium i planowane projekty ,znajdują się na stronie internetowej Eurodesk Polska. Tym, którzy lubią odrobinę ryzyka, mogę polecić grupy na Facebooku – Erasmus Plus Partner Search czy Erasmus Plus Projects. Codziennie (dosłownie) udzielają się tam ludzie, którzy pilnie potrzebują uczestników z danego kraju. Ja, dzięki znajomościom z poprzednich wyjazdów, miałam przywilej skompletowania całej polskiej delegacji. Było to niemałe wyzwanie, gdyż na dokonanie tego miałam zaledwie kilka dni, ale na Unitów zawsze można liczyć. Na wyprawę do Estonii, zupełnie nieznanego mi państwa, zabrałam Weronikę, stałą towarzyszkę europejskich wojaży, Agnieszkę, sympatyczną koleżankę z klasy, Asię, którą poznałam zaledwie kilka dni wcześniej i siostrę Monikę w roli lidera. Przed wyjazdem znaków zapytania było mnóstwo, ale przecież ryzyko jest po to, żeby je podejmować!

Lublin – Warszawa – Wilno – Ryga – Tallin – Palmse

Wyjazd od początku nie był sielanką. 26 października wspólnie wyruszyłyśmy na podbój Europy. Niestety moja wyprawa mogła zakończyć się jeszcze w Polsce, gdyż zapomniałam najważniejszej rzeczy ze wszystkich – paszportu! Gdy mnie prześladowała wizja zostania w domu, mój tata robił wszystko, by dostarczyć mi dokumenty na czas. No cóż, pierwsze koty za płoty… Kolejne etapy wcale nie były łatwiejsze. Dostanie się do estońskiej miejscowości Palmse zajęło nam łącznie 32 godziny! Najciekawszym przeżyciem był chyba przystanek w Wilnie. Musiałyśmy tam spędzić 3 godziny, niestety w środku nocy. Jedynym miejscem, gdzie mogłyśmy się udać, była stacja benzynowa. Obładowane ogromnymi torbami i zajadające się litewskimi lodami o 2:30 musiałyśmy być ciekawym zjawiskiem dla pracowników sklepu, którzy rozmawiali chyba tylko w języku migowym (czy też ciała). Jakby czekania było nam mało, w Tallinie musiałyśmy spędzić aż 7 godzin. Na szczęście, nasza (moja i Weroniki) koleżanka z poprzedniej wymiany mieszkała w tym mieście i wspaniale się nami zajęła. Zaprowadziła nas do najlepszej naleśnikarni na Starym Mieście i pokazała jego wszystkie przepiękne zakamarki. Wreszcie, zmęczone, ale gotowe na przygodę, wsiadłyśmy do autobusu do Palmse.

Zgodnie z tradycją takich wymian, współlokatorzy muszą być innych narodowości. Ja zamieszkałam z Litwinką Gretą, Asia z Macedonką Patriciją, Monika i Agnieszka z Hiszpankami, Davinią i Laurą, a Weronika ze Słowaczką Katariną. Oprócz tych reprezentantów tych państw pojawiły się jeszcze Austriacy, Portugalczycy, Rumuni, a nawet jeden Włoch. Oprócz kilku starych znajomych, reszta uczestników była dla nas jedną wielką niewiadomą. Każdy okazał się jednak na tyle ciekawą osobą, że nauczenie się 40 nowych imion nie było dla nas problemem.

Co z tego mam?

O zaletach wyjazdów na wymiany międzynarodowe można chyba mówić bez końca. Ja, obok poprawy umiejętności mówienia po angielsku, zawsze wymieniam Youthpass. To rodzaj dokumentu, który w dzisiejszych warunkach może mieć coraz większe znaczenie, np. przy szukaniu pracy. Najprościej można to nazwać zaświadczeniem, że brało się udział w takim projekcie. Organizatorzy kładą duży nacisk na non-formal learning, czyli wiedzę, której nie zdobywamy w szkole. Umiejętności podzielone są na 9 kategorii. To m.in. komunikacja w języku obcym, w języku ojczystym, zmysł współpracy i wykazania się inicjatywą, określenie schematu uczenia się czy nawet zdolności matematyczne.

Takie wymiany to dla mnie jednak głównie dobra zabawa. Na 9 dni każdy zapomina tam o swoich obowiązkach, problemach i zmartwieniach. Bardzo ważne jest, by wykazać się kreatywnością i dużym dystansem do siebie, gdyż stawiane przed nami zadania tego od nas wymagają. Czasem trzeba odegrać rolę byka w austriackiej legendzie, innym razem przekonująco wcielić się w rolę złego diabła, a jeszcze innego wykazać się w tworzeniu zwariowanych kostiumów halloweenowych. Naszym głównym zadaniem było stworzenie jednej, wspólnej, europejskiej legendy. I tak, z pomocą wszystkich uczestników powstała historia o Palmsii, która została  uwięziona przez złego czarodzieja i uratował ją książę, z którym następnie wzięła ślub. Zwieńczeniem naszej pracy był film.

Cisza na planie, kamera, akcja!

Praca nad nim była niezapomnianym przeżyciem. Pracowałam w sekcji kostiumów, więc byłam odpowiedzialna za wygląd wszystkich aktorów. W poszukiwaniu inspiracji wybraliśmy się do starego lasu, który otaczał nasz pałac. Zebraliśmy tam ogromne ilości mchu, liści, szyszek i gałęzi. Wyposażeni w tak profesjonalny sprzęt, byliśmy gotowi do tworzenia wspaniałych kreacji. Chyba najbardziej dumni byliśmy z postaci czarodzieja. Jego broda była zrobiona w całości z mchu, podobnie jak buty. Przepięknie wyglądała też Greta, która grała księżniczkę. W dzień ślubu jej suknia (co prawda zrobiona z białego prześcieradła) była ozdobiona czerwonymi różami. Nad efektem końcowym czuwał nasz reżyser, wspomniany już wcześniej Włoch Domenico. Jest on filmowcem z zawodu, dlatego jego oczekiwania były wysokie. Współpraca z nim układała się świetnie, co widać chyba w efekcie końcowym.

Czy było warto?

Przed wyjazdem spodziewałam się wielu rzeczy i jeszcze długo potem zastanawiałam się, jak spisałyśmy się jako grupa. Najlepszym wyznacznikiem naszego „sukcesu” są chyba wypowiedzi moich towarzyszek.

,,Pomimo niesprzyjającej pogody i 24- godzinnej podróży przez 4 kraje, wyjazd był niezwykle udany. Zaangażowanie się wszystkich uczestników w finalną postać naszego projektu – film, była zadziwiająca. Moglibyśmy spełnić się w roli aktora, scenarzysty czy tak jak w moim przypadku kostiumografa. Wyjazd będę pamiętać jeszcze przez wiele lat, ze względu na zawarte tam międzynarodowe przyjaźnie oraz masę pozytywnych wspomnień'' – Weronika Darczuk

„Wyjazd do Estonii był moją pierwszą tego typu wymianą, ale na pewno nie ostatnią.  Jadąc tam, myślałam przede wszystkim o sprawdzeniu swojego poziomu angielskiego, nauczeniu się czegoś nowego oraz poznaniu nowych, interesujących ludzi.  Doświadczyłam tego wszystkiego i cieszyłam się, wracając do domu, że mam ze sobą tyle wspomnień. Ciężko było rozstać się ze wszystkimi ludźmi, bo choć wiedziałam, że w domu czekają na mnie obowiązki, rodzina, którą zostawiłam, to miałam poczucie, że właśnie tam, w Palmse, udało nam się wszystkim stworzyć naszą własną, dość liczną rodzinkę. Cieszę się, że miałam możliwość przeżycia i nauczenia się czegoś nowego. Myślę, że wspomnienia, które zdobyłam, przyjaźnie, które nawiązałam, są właśnie sednem takich wyjazdów.  Naprawdę bez zawahania polecam każdemu przeżycie takiej małej przygody, która pozwoli spojrzeć na wiele rzeczy z pespektywy, ale przede wszystkim nauczy czegoś nowego, do czego zawsze będzie można wracać z uśmiechem na twarzy” - Asia Furtak

Czego nauczyłam się na tej wymianie? Że zawsze warto podejmować ryzyko i że zdecydowanie nie ma rzeczy niemożliwych. Aha, no i jak zabić złego czarnoksiężnika. Tak na wszelki wypadek :)

PDF 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Do gory

Copyright © Uni(i)Wersal 2017